Wniknąć w lirykę SZWANKU
Marek S. Podborski SZWANK, Magneta s.c., s. 206. Bydgoszcz 2025.
Od lipca odkładam na stolik-poczekalnię – w kąciku pod oknem – dwustustronicowy tom wierszy SZWANK Marka S. Podborskiego. Nie, że cisną mnie terminowe roboty – choć tych akurat nie brakuje, zwłaszcza recenzje – tylko ciężar utworów mnie… przygniata. Intuicyjnie czuję to, co Marek Szypulski (1965, właściwe nazwisko), szefujący działowi poezji „Akantu”. Mając na co dzień do przejrzenia setki „wierszy” od grafomani po poezję bał się „wytworów” własnego pióra. Podobne rozterki przeżywała Wisława Szymborska w „Życiu Literackim”. Stąd dziesięcioletnie borykanie się z materią słowa, zmagania redakcyjne, zapędy złożenia książki. Może już… Może jeszcze poczekać. Poeta prawdziwy zawsze ma wątpliwości. Niewielu to rozumie.
SZWANK to książka życia mieszcząca bagaż wizji, snów, przeczuć i doświadczeń z całego dorosłego życia poety z miasta kanałów uregulowanej rzeki. Choć Brda potrafi pokazać ukryte oblicze jak podwójny nurt poezji Marka S. Mówię to na podstawie omawianej książki. Wcześniej nie znałem wielu utworów bydgoskiego poety, tylko te drukowane w miesięczniku.
W mailu od autora dostałem wytyczne: „wskazane jest czytanie w kolejności od początku w kierunku zakończenia i niekoniecznie w całkowitej trzeźwości umysłu”. Wcześniej zaznaczył: „może da nowe impulsy do wnikania w lirykę? Jestem bardzo ciekawy spostrzeżeń w odbiorze, nie powiem o [książce] nic, niech się sama wyraża poprzez lirykę bez komentarza, życzę zdrowia (tu akurat było krucho stosując się do zaleceń) i intrygującej lektury”. Tom podzielony na dziesięć rozdziałów plus epilog. Średnio rozdział rocznie, co dobrze świadczy o poszanowaniu słowa i szacunku dla czytelnika.
By dobrze zrozumieć tytuł, sięgnąłem do Małego słownika języka polskiego PWN Warszawa 1974 (druk i oprawa w NRD – już widzę jak młodzi – nie tacy młodzi – grzebią w necie). Naukowe objaśnienie: „szwank – krzywda, szkoda, ujma, uszczerbek: Wyjść z jakiejś przygody bez szwanku. Narazić się na szwank”. A „szwankować można na umyśle, na zdrowiu, być w złym stanie, mieć wady, braki”. - Tylko kto to zaakceptuje w świecie „medialnego uzupełniania rozumu”? A poeta potrafi przyznać się do wiedzy–niewiedzy, gdybań, przypuszczeń, rozterek w sposób sarkastyczny, prześmiewczy, zawoalowany ostrzem szpilki co krew wyssie a otworu nie zrobi. Zachowując pozorną powagę i dystans do świata i siebie. Gdzie narratorem, kreatorem, uzurpatorem, semaforem jest to o „niewinności // bezwiednej / bezwiedzy”.
„W życiu chodzi o to, by być trochę niemożliwym” – stwierdza Oskar Wilde (1854 -1900) – jakby mnie znał z sąsiedztwa, a przecież urodziłem się sześćdziesiąt osiem lat po śmierci irlandzkiego pisarza i estety. Przeto bliscy mi są wszelacy abnegaci jak Tristan Tzara (1896 -1963), Hans Arp (1886 - 1966), Max Ernst (1891 - 1976), Francis Picabia (1879 -1953), operujący dowolnością, chaosem, absurdem, prowokacją, negujący zastane dziedzictwo kulturowe. Zarzewiem ruchu (dadaizm), ich twórczości w okopach I wojny światowej był bunt przeciwko jej bezsensowi i ustalonym normom społecznym. Ruch upadł pod koniec lat dwudziestych, jednak rzucone ziarno zaowocowało w różnych częściach świata. W Polsce stało się Pomarańczową Alternatywą, TotArt-em.
Popatrzmy na minioną dziesięciolatkę: z karykaturalną sceną polityczną, wyrugowaną kulturą, korporacyjnym społeczeństwem, pandemią, wojną w Ukrainie, uchodźcami wojennymi i ekonomicznymi, anomaliami pogodowymi. A znajdziemy odpowiedź „upustu” poetyckiego Marka S. Podborskiego, pełnego emocji, refleksji, spontaniczności. Z całą jego wolnością artystyczną – „Ach / ten przebiegły prarobak / zawłaszczył ewolucję / i sens usankcjonował” (…) „Taką mnie widzisz / jaką mnie myślą spowiłeś” – w wierszach wydawałoby się prostych na pierwszy ogląd. Posiadających tyle odnóg egzystencjonalnych, filozoficznych czerpiących z kultury łacińskiej, dzięki rozległej wiedzy autora i obcowaniu ze słowem poetyckim „I gdybyś się zapytał / dokąd to wszystko / skoro w noc powrócisz / bezbronny i nagi? // Jak chcesz obronić / swoje odrębności / racje szalbierstwa / powikłane sagi? // To ty, to ja, to my / to oni, wysączą tren / w spłakanych dłoniach // To świt, to mit, to nie / Dogoni falujących łanów / w oszalałych koniach”.
Falujące łany, oszalałe konie – wolność, bezkres, powrót do mitycznego dzieciństwa, kiedy poeta w krótkich spodenkach, wietnamskich trampkach maszerował miedzą ku widnokręgowi. Po obu stronach kłaniały się kłosy żyta, owsa, jęczmienia. Makowa Panienka wabiła wzrokiem, zapachem, zapraszała na makowe pole częstując wywarem („kompotem”) – „Nabierano mnie ustami bezgłośnie / tak przy okazji w przelocie / jaskółek nad wieczorną / rzeką (…) Nabierano mnie kwiatem / wiatrem pochyłością drzewa”. - I pewnie przyszły poeta uległ pokusie? Niech podrapią się po łysinie ci co nie ulegli.
Stąd przejście do naszej (polskiej) ludowej baśniowości. Jako rodzimemu rybałcie nie obce mu są postacie boginek (piękne dziewczyny lub brzydkie baby z obwisłymi piersiami), osiadłe w jeziorach, rzekach, bagnach, lasach więc w okolicach Bydgoszczy. W nocnej zadumie często widywał je poeta piorące odzienie nad wodą, używające piersi – zazdroszczę widoku – jako kijanki. Nie wychylał głowy z gęstwiny bojąc się, że go porwą i przemienią w pokrakę; zmory (zmiennokształtne koty, kuny, słoma), zagnieżdżone w domostwach. Lubiły przysiąść na klacie, przydusić, wyssać krew, sparaliżować śpiącego. Ujeżdżały konie nawet te narowiste „bo leśnie wlewała słów zrosty / do wrzątku kotła dosypując / pył z kwitnących drzew i kurz / z wietrzystej chmury przekłamanej / tym wiatrem”. Szamanka dopowiada: „burze i stygnące łany / roztrwaniały swe lęki / wróżbom służebne / (…) / w parzydłach / (…) / ciekłoskrzydłych pokłonów / (…) / I tak zbudziła się / matką / bluszczopalczastą bramą” – sowa. Przed, którą poeta – szerokiej wyobraźni – uszedł… w Noc Kupały, chwytając za rękę najpiękniejsze dziewczę. I przeskoczyli ogień, wymieniając się wiankami. Rano ujrzał zaoraną bruzdę…
Wzbudziło moją zazdrość, a i zjeżyło ostatnie siedem włosów na głowie słowotwórstwo – gratulacje Panie Marku – takie leśmianowskie tylko – brak mi słowa – o… o szerszym okręgu jak życiorys Bolesława. Niby Hrubieszów w świadomości, a był i Paryż, i Włochy i… kobiety. Przytoczę ostatnią/ trzecią zwrotkę wiersza „Szadź”: „Nieobecny bezszelestny / lodowy bezsilny / niedorzeczny łąkochrzestny / miło sny gość inny”. Inteligentny czytelnik dostrzeże nowe słowa. Z poszatkowania istniejących uchwyci wielosensy wedle własnego intelektu i kreacji. Miernota wystraszy się tytułu! I mylne jest mniemanie co autorowi tworzenie tych liryków przychodzi z łatwością. Nie ma tutaj prostoty i drogi na skróty!
Dlatego nieprzypadkowa w zbiorze jest „Ballada o błędnym rycerzu”: - „co ciągle jutrem łudzi / Zwyczajnej w sklepach / loterii szaleńców // Czyż może tak zawsze / dokonać się chwila / Ostatnia i pierwsza / zarazem przewrotna” - …daje do myślenia poeta?! Przypomnijmy kim był ów rycerz? – Don Kichota i giermka Sancho Pansę znają wszyscy, powieść czytało niewielu. - To ubogi szlachcic hiszpański z osady Mancza. Po pięćdziesiątce… mówimy o wieku. Zagorzały czytelnik romansów rycerskich, które tak dalece zawładnęły jego wyobraźnią, iż poczuł, że sam jest błędnym rycerzem. Rychtuje leciwą, skorodowaną zbroję po przodkach, obiera godność Don Kichote i rusza na chudej szkapie zwanej Rosynantem naprawiać wszelakie krzywdy świata, czynić dobro. Wyzwalać ciemiężonych i bić w boju ich prześladowców. Z imieniem Dulcynei z Toboso, damy serca na ustach. W międzyczasie pasowany na rycerza przez karczmarza. (W urojeniu karczma – zamkiem, właściciel – kasztelanem). Rycerska kampania, skutek błędnego oglądu świata, przysparza kłopotów nie tylko samemu „rycerzowi”, ale i „uciśnionym”. Nie pomaga zamurowanie izby wypełnionej po brzegi szkodliwymi księgami. Walczy z wiatrakami wyimaginowane olbrzymy, nie stroni od potyczek zbierając cięgi od przypadkowych zawadiaków i w obronie honoru Dulcynei. Nie słucha przyjaciół próbujących odwieźć go od szaleństwa. Ciężko pobity i więziony w klatce sprawia wrażenie „całkiem zdrowego i w pełni rozumu”. Pozornie… choć wygłasza dorzeczną pochwałę życia, które jest zdążaniem do ideału. Znów staje do pojedynku o sławę i piękność Dulcynei. Pokonany obiecuje zwycięzcy ustatkowanie i powrót do rodzinnej wioski. Niebawem powala go śmiertelna choroba. W agonii wyznaje: „Wstrętne mi już dziś są wszystkie bezbożne historie błędnego rycerstwa; pojmuję niedorzeczność moją i niebezpieczeństwo, w jakie mnie ich lektura wpędziła”.
Chciałem tutaj na przykładzie Alonzo Quijany, tytułowej postaci z powieści Miguela de Cervantesa Saavedry, pokazać wartość mitu osobowego, personifikującego credo heroicznego marzycielstwa („praktycznych” nie dotyczy), wierności przyjętym zasadom i wrodzonemu sprzeciwianiu się złu, często w warunkach nie sprzyjających takiej postawie. W tym przypadku poety, który jak już wspomniałem wcześniej poświęcił dekadę życia – wbrew wiatrom i codzienności – z tchnienia Najwyższego by dać ludziom w słowie wolność, wybór i dozę szlachetności. A efekt…: „Z czasem pojawi się demiurg / bóg – człowiek z wielkim przekopem / zagrzebie chitynowe miasta / zaleje wodą przestrzenie / rozszarpie ukryte gniazda / w korzeniach // I wsadzi świętą jabłoń / obsypaną trucizną wokół / i wkrótce wyrośnie wielki / przepiękny owoc krwi”. I kto doceni poświęcenie Podborskiego i wielu innych czcicieli Apollona? W czasach – naszych czasach – kiedy poeta jest zbędnym balastem, dziwakiem (jak Don Kichot), przeszkadzającym w zakupach, robieniu pieniędzy, grzebaniu w necie. Bo zmusza do refleksji! A komu to dziś potrzebne, gdy w telewizji emitują akurat „Hotel Paradise” czy „Love Island”. Ale warto pisać nawet dla jednego czytelnika. Pojedyncze ziarno rodzi kłos. Bo „nie ma nic słabszego na ziemi niż człowiek”. – Podpowiada Homer „krwawymi ust strugami”.
Dopełnieniem (jądrem tomu) jest rozdział – tak mi się wydaje – „Dzień Hioba”, w którym poeta, powiedzmy liryczne ja wyznaje: „sam już jestem pomiotem / wszelkich gwiazd szkliwionych”. Utożsamiając się jako twórca z bohaterem starotestamentowej Księgi. Będąc pionkiem w dłoniach Opatrzności, uczciwym i do granic szczerym w słowie pisanym, zostaje wystawiony na próbę wierności poezji czystej, albo porzucenia jej dla „tekstów łatwych”, lecz przynoszących poklask i profity. Pamiętajmy, szatan miernoty wyziera z każdego długopisu. Kwartalnik czeka na materiał, naczelny-hetera pogania. Wytrwać nie jest łatwo. Lata mijają. Pojawia się dziwne wyznanie: „Zupełnie przestałem chcieć / a chór nade mną / ciągle zawodzi // Chcą mnie / z leża zwlec – podstępem / lecz wiem / o co chodzi”. Świadectwem wyboru Marka S. Podborskiego jest tom SZWANK! A co z zadośćuczynieniem, o którym wspomina Święta Księga?
Książkę z tak szeroką paletą tematyczną: dadaizm, baśniowość, liryczność, satyra, ze szpadą lingwistyki, zalecałbym jako obowiązkową wszelakim „poetom niedzielnym”. Rymopisom trzeciego wieku, sto wersów na godzinę. Może zrozumieliby, że każda zmarnowana kartka papieru to uśmiercone drzewo i cios w płuca Matki Ziemi. Warto przemyśleć.
Jerzy Stasiewicz
Mohlo by vás z této kategorie také zajímat
- Slovenská próza z různých zorných úhlů (Ivo Pospíšil)
- Věčně aktuální otázka (Ivo Pospíšil)
- Cenná dokumentace (Ivo Pospíšil)
- Kultúra a umenie zaznamenané v rozhovoroch (Viera Žemberová)