Jechać do Lwowa

To miasto musiałem w końcu odwiedzić! Przed wojną – w latach 30. XX wieku – studiowała w nim moja babcia, studentka polonistyki w Uniwersytecie Jana Kazimierza. Egzamin z literatury romantycznej zdawała u Juliusza Kleinera, a z gramatyki opisowej – u Stanisława Taszyckiego, który był prawdziwym „psem na studentów” a jej – po celujących odpowiedziach – zaproponował asystenturę!

Babcia odmówiła, wolała czytać Sienkiewicza i pisać pracę magisterską na seminarium literaturoznawczym. Może i dobrze się stało, że wróciła po studiach do rodzinnego Stanisławowa i wyszła tam szczęśliwie za mąż, zważywszy, że po kapitulacji Lwowa we wrześniu 1939 r. zarówno okupanci sowieccy jak i hitlerowscy dokonywali mordów wśród polskiej inteligencji tego miasta.

Do Lwowa pojechałem jako przedstawiciel Katedry Polonistyki Akademii Techniczno-Humanistycznej, by wziąć udział w międzynarodowym sympozjum „Visualizing the Child in Children’s Fiction” (Wizualizacja dziecka w literaturze dziecięcej i młodzieżowej) organizowanym z wielkim rozmachem przez Ministerstwo Oświaty i Nauki Republiki Ukraińskiej, Instytut Języków Obcych Uniwersytetu Iwana Franki we Lwowie, Grupę Artystyczną „Dzyga” oraz Międzynarodowe Towarzystwo Badań nad Literaturą Młodzieżową (International Research Society For Children’s Literature – IRSCL).

Wygłaszając (po angielsku) referat poświęcony wizualizacji tzw. skromnego bohatera pojawiającego się w serii znakomitych opowiastek o przygodach sympatycznego żółwika Franklina autorstwa kanadyjskich pisarek Paulette Bourgeois i Brendy Clark (seria opowieści o Franklinie dostępna jest od kilku lat na polskim rynku księgarskim dzięki znakomitym tłumaczeniom Patrycji Zarawskiej i bielskiemu Wydawnictwu „Debit” prowadzonemu przez Państwa Annę i Witolda Wodziczków), skoncentrowałem się na pouczającym charakterze tych historii, nawiązujących świadomie do konwencji bajki zwierzęcej jako jednego z najstarszych gatunków literatury dydaktycznej:

„Bajka, będąc utworem z pogranicza liryki i epiki, ukazuje wybrane problemy świata rzeczywistego posługując się alegoryczną maskę literackiej fikcji. W krótkich fabułach głównymi bohaterami są zwierzęta symbolizujące zazwyczaj określone wady lub zalety ludzkie, takie jak pycha, głupota, spryt, odwaga czy szlachetność. Bajka kończy się zazwyczaj umoralniającą puentą, a jej całościowe przesłanie ma charakter dydaktyczny: czytelnik, zapoznając się z opisywaną historią i biorącymi w niej udział bohaterami, ma zdobyć określoną prawdę o świecie bądź cechach natury ludzkiej.”

Po przeczytaniu kilkunastu opowiastek o przygodach Franklina mały czytelnik uczy się, czym jest miłość rodzicielska i braterska, poznaje smak sukcesu, na który trzeba sobie zapracować; wie, że należy walczyć ze swymi słabostkami i wadami oraz docenia wspólne działania podejmowane w grupie. Przyswaja także zapoznane w dzisiejszym świecie wartości takie, jak: honor, sprawiedliwość, odpowiedzialność, zdrowa konkurencja, przyjaźń i godność osobista.

Wszystkie wymienione walory powodują, że historyjki kanadyjskich autorek w naszych ponowoczesnych czasach, zdominowanych przez globalną cyberprzestrzeń ( to jest fikcyjne pojęcie wprowadzone przez Williama Gibsona w książce „Neuromancer”, jakaś zbiorowa halucynacja doświadczona co dzień przez miliardy użytkowników) nasyconą multimedialnymi i wirtualnymi hipertekstami (tzn. nielinearnymi i niesekwencyjnymi organizacjami danych – tekst rozbity na poszczególne segmenty-leksje, połączone ze sobą odsyłaczami, którymi czytelnik sam nawiguje się), są dla młodych czytelników bezcennym przewodnikiem po świecie realnym, w którym rozgrywają się ważne dla każdego dojrzewającego człowieka problemy.

Kilkudniowy pobyt we Lwowie atał się przede wszystkim pretekstem do zmierzenia się z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami o tym mieście. Ileż się o nim nasłuchałem od moich dziadków i ich „przedwojennych” znajomych! Znałem relacje Stanisława Lema (vide jego Wysoki Zamek i nostalgiczne felietony pisane w ostatnich miesiącach jego życia na łamach „Tygodnika Powszechnego”), pamiętałem klimat książki Józefa Wittlina Mój Lwów, a także wspomnienie ks. Mieczysława Malińskiego opublikowane w książce Kresy – śladami naszych przodków. Tuż przed wyjazdem kupiłem niekonwencjonalnie napisany przewodnik Aleksandra Strojnego Lwów. Miasto Wschodu i Zachodu, który okazał się bardzo przydatny ze względu na zawarte w nim bezcenne porady i informacje praktyczne.

Pierwszy kontakt ze Lwowem był przytłaczający. Rozklekotany autobus ukraińskich linii jadący z Przemyśla w brzydki deszczowy dzień 10 kwietnia zajechał późnym popołudniem na dworzec „Stryjski”. To, co zobaczyłem na przedmieściach, w żaden sposób nie uzasadniało porównania Lwowa do Florencji czy Rzymu Wschodu... Posowieckie dziurawe drogi, zrujnowane mosty, niszczejąca infrastruktura przypominająca inną epokę, o której już zapomnieliśmy w Polsce – mogły jedynie odstraszać.

Później było jeszcze gorzej – taksówkarz wiozący nas za 30 hrywien (ok. 20 zł) do centrum miasta gnał po lwowskich kocich łbach, wpadał w kałuże i omijał gigantyczne dziury znajdujące się dosłownie wszędzie... Deszcz, przytłaczająca szarzyzna podmiejskich blokowisk rodem z ZSRR, podniszczone domy dzielnic centralnych, w końcu przedwojenna zaliszajona kamienica tylko w niewielkim stopniu nosząca ślady dawnej świetności, w której zamieszkaliśmy u polskiej rodziny. Jednak jeszcze tego samego dnia wyruszyłem na spacer w kierunku Starego Miasta, co zapoczątkowało powolny, jednak postępujący z dnia na dzień i z godziny na godzinę proces oswajania się a później rosnącego podziwu dla tego niezwykłego miasta!

Lwów jest pełen kontrastów. Zawsze taki był! Położony na styku cywilizacji Orientu i Zachodu, na granicy kultur, religii i języków – wypracował sobie przez wieki swój własny niepowtarzalny styl, który – mimo niszczycielskiej siły dwóch totalitaryzmów, które przejechały się po nim niczym gigantyczne walce w ciągu 50 lat po rozpoczęciu drugiej wojny światowej – gdzieś w głębi pozostał przecież nienaruszony. Genius loci Lwowa, miasta nieujarzmionego („Leopolis semper fidelis”!), drzemie uśpiony w gotyckich katedrach (tej ormiańskiej z XIV wieku i tej późniejszej, łacińskiej, w której w 1556 r. król Jan Kazimierz złożył przed obrazem Matki Bożej Łaskawej pamiętne Śluby odnowione 400 lat później w Częstochowie przez Prymasa Tysiąclecia), w renesansowych cerkwiach (prawosławnych i unickich, współcześnie pięknie odnowionych i zapełnionych modlącymi się ludźmi!) i klasztorach, w cudownych kamieniczkach Starego Rynku pamiętających czasy świetności Rzeczypospolitej Dwojga (a raczej Trojga!) Narodów, w odrestaurowanym z okazji 750-lecia założenia miasta Ratuszu, którego wysoka wieża wznosi się dumnie nad miastem, a w końcu w niezliczonej ilości secesyjnych kamienic i gmachów użyteczności publicznej (jak choćby monumentalnym dworcu kolejowym czy wspaniale odrestaurowanej operze lwowskiej – prawdziwej kulturalnej perle i wizytówce miasta) przypominających, że dumny Lwów był w XIX w. miastem stołecznym ck Galicji i Lodomerii.

Duch tego dawnego Lwowa obecny jest dzisiaj także w mocno zaniedbanych parkach, na Wysokim Zamku i na kopcu Unii Lubelskiej usypanym w XIX w. przez niezłomnego Franciszka Smolkę (przypomniałem tam sobie słowa Jana Pawła II: „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”), w murach Uniwersytetu dziś noszącego imię Iwana Franki, narodowego barda i polityka Ukrainy. A bodaj najbardziej na Cmentarzu Łyczakowskim i Cmentarzu Orląt, na którym spoczywają obok siebie powstańcy polscy 1863 r., inteligenci, artyści i intelektualiści lwowscy z XVIII, XIX i XX wieku oraz bohaterscy obrońcy Lwowa, dla których wykuto na kamiennym łuku sprofanowane przez sowiecką barbarię słowa dziękczynienia: Mortui sunt, ut liberi vivamus (Polegli, abyśmy żyli wolnymi). Chodziłem całymi godzinami po Lwowie chłonąc jego klimat, zapach jego murów i ulic, dźwięk mowy, smak ormiańskiej kawy, taniego krymskiego wina i rozgrzewającego trzewia zakarpackiego koniaku. Podziwiałem niepospolite piękno tutejszych kobiet, a także niepojęty dla zagonionego człowieka Zachodu „wyluzowany” tryb życia mężczyzn, którzy – ubrani w mało eleganckie czarne lub brązowe skórzane kurtki – popołudniami wychodzą tłumnie na skwery, bulwary i prospekty Starego Miasta, aby napić się piwa i wina, zagrać w szachy, domino lub karty, pohandlować i porozmawiać, a choćby i posiedzieć w gronie takich jak oni, ćmiących dla zabicia czasu nie najlepszej jakości papierosy...

Lwów – nieformalna stolica zachodniej Ukrainy, miasto zwolenników Pomarańczowej Rewolucji, metropolia zamieszkiwana przez 900 tysięcy ludzi, w której domach a nawet luksusowych hotelach nie można się wykąpać w ciepłej wodzie, zaś papier toaletowy w szaletach publicznych nadal jest towarem deficytowym – czeka na swoje „pięć minut” wielkiego odrodzenia, które niechybnie za kilka lat nastąpi. Otwarcie na Europę przyniesie zapewne falę zachodniego konsumpcjonizmu i kapitalistycznego pośpiechu, dzisiaj jednak Lwów jedną nogą tkwi jeszcze w czasach naznaczonych mentalnością homo sovieticus a może i tą dużo wcześniejszą, pamiętającą Czerwoną Ruś, Wielką Portę, Kozaków Krzywonosa, batkę Chmielnickiego oraz lwowskich batiarów z piosenek Hemara... Wracając z Miasta, które już na zawsze pozostanie dla mnie „miejscem mitycznym” (przecież zawsze nim było!), powtarzałem jak mantrę słowa poetyckiej modlitwy Adama Zagajewskiego, lwowianina-wygnańca (wiersz Jechać do Lwowa z tomu Jechać do Lwowa i inne wiersze, 1985):

Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać
do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,
gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się
ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do
Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu
Lub marcu...
[...]
...dlaczego każde miasto
musi stać się Jerozolimą i każdy
człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu
pakować się, zawsze, codziennie
i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie.

Marek Bernacki